– Szkolnictwo wyższe w Wielkiej Brytanii jest na równi pochyłej. Tego lata po raz pierwszy usłyszałem od kolegów z kontynentu, że nie wyobrażają sobie ubiegania się o pracę w Wielkiej Brytanii, biorąc pod uwagę złe warunki zatrudnienia na uniwersytetach – mówi Andreas Bieler, profesor ekonomii politycznej na Uniwersytecie w Nottingham w Wielkiej Brytanii i członek związku zawodowego University and College Union (UCU).

Wywiad Wojciecha Łobodzińskiego.


Jaka jest obecna kondycja szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii, co stoi za działaniami UCU? Moi przyjaciele z Cambridge czy London School of Economics mówią mi, że strajkowanie stało się w ostatnich latach częścią kultury pracy pracowników uczelni.

Rozumiem, że ktoś może powiedzieć, że strajkowanie jest wśród nas czymś powszechnym. I może być nawet postrzegane jako część naszej kultury pracy. Od 7 września znów głosujemy za akcją protestacyjną. Ale myślę, że tak naprawdę my, nauczyciele akademiccy, nie lubimy tego ciągłego zakłócania studiów, życia naszych studentów i naszych badań.

Jestem związkowcem na moim uniwersytecie i potrzeba dużo czasu, aby doprowadzić do głosowania i akcji strajkowej. Dlaczego więc one wybuchają? Od 2010 roku nastąpiła dość dramatyczna transformacja szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii. Najpierw nastąpiło przesunięcie w kierunku finansowania uczelni poprzez czesne od 2012 roku, przy czym roczne czesne wzrosło do 9000 funtów. Drugim krokiem było zniesienie limitu studentów, co zostało w pełni wdrożone w latach 2015-16. Do tego czasu istniało ścisłe ograniczenie możliwej liczby studentów uczelni. Teraz każda uczelnia i każdy wydział może rekrutować tyle osób, ile jej się uda. Zasadniczo mamy więc system, w którym uczelnie finansują się z czesnego i mogą rekrutować tylu studentów, ilu chcą.

Co to oznacza? To zupełnie nowy kontekst dla środowiska akademickiego.

Uczelnie przestają być uczelniami w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a stają się prywatnym podmiotem rynkowym, konkurującym z innymi uczelniami o studentów.

Jaki to ma wpływ na proces nauczania i życie uniwersytetów, co się tu zmieniło?

Duże środki finansowe przesuwa się na prestiżowe projekty infrastrukturalne, takie jak nowe centra sportowe, akademiki, ale też marketing i reklamę. A potem studenci przychodzą na dni otwarte i widzą te krzykliwe budynki i całą ofertę uczelni w tęczowych kolorach wymalowanych przez dział marketingu. Reklama jest bardzo ważna, trzeba w końcu przyciągnąć studentów. Dni otwarte są tego częścią. Jednocześnie trzeba oszczędzać na czymś innym, dlatego od 2010 roku trwa nieustanna presja na cięcia w obszarze działalności dydaktycznej. Krótko mówiąc, od 2011 roku czterokrotnie obcięto emerytury pracowników uczelni. Pensje za sprawą inflacji i stagnacji płac realnych uległy spadkowi o 20%.

Do tego dochodzi jeszcze sprawa elastycznego zatrudnienia…

Ponad 30% pracowników akademickich jest na niepewnych, terminowych umowach. W tej sytuacji, nawet jeśli ludziom nie podoba się akcja protestacyjna, nie mają innego sposobu na poprawę warunków życia. Nie ma alternatywy.

Jak więc wygląda to z perspektywy studenta?

Bardzo dobre pytanie. Bo nie chodzi tylko o nas, ale także o nich. Jeśli sprawdzisz strony uniwersytetów, przeczytasz wiele opowieści o wspaniałych latach spędzonych w czasie studiów. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Studenci opuszczają uniwersytet z długiem średnio w wysokości 50 tys. funtów. Tyle kosztuje czesne plus utrzymanie. Owszem, są pożyczki rządowe, ale w pewnym momencie trzeba je spłacić.

Wzrosła liczebność grup podczas seminariów i ćwiczeń. 15 lat temu było to 12-13 studentów na grupę, teraz 25. Nie trzeba dodawać, że ma to wpływ na jakość nauczania. Jednocześnie z powodu cięć, oferta kursów została zawężona. Krótko mówiąc, nie tylko pracownicy, ale także studenci ucierpieli z powodu powstania nowego środowiska w szkolnictwie wyższym w Wielkiej Brytanii.

Czyli jeśli jesteś niezależnym badaczem w jakiejś wąskiej specjalności, to nie możesz prowadzić seminariów, bo oferta musi być atrakcyjna i dopasowana do oczekiwań? Jednocześnie nie może być aż tak szeroka, bo trzeba przecież oszczędzać na kadrze akademickiej.

Trzeba prowadzić w ramach zajęć tzw. moduły, które są popularne wśród studentów. Ja obecnie razem z 1-3 nauczycieli akademickich prowadzę kilka grup. Tematyka zajęć nie musi być związana z moją specjalizacją, choć staram się, żeby tak było. Możesz więc uczyć czegoś, bo jest bliskie twoim zainteresowaniom badawczym, ale nie masz gwarancji, że tak będzie.

Obecna kampania UCU dotyczy płac, równości i obciążenia pracą. Zacznijmy więc od płac, jaka jest średnia zarobków wykładowczyń i wykładowców w Wielkiej Brytanii?

Bardzo trudno jest wskazać średnią, ponieważ istnieje ogromna dysproporcja między wykładowcami a profesorami – niektórzy z tych ostatnich mają naprawdę wysokie pensje. Dane z ubiegłego roku pokazują, że 33% osób pracujących jako wykładowcy jest na umowach na czas określony. Nie chodzi więc tylko o poziom wynagrodzeń, ale także o prekaryzację. To jest prawdziwy problem.

Widzimy jednak w ankietach, że ponad 30% nauczycieli akademickich twierdzi, że rezygnuje z niektórych posiłków, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy.

Sądzę, że chodzi o osoby na śmieciowych umowach, które realizują np. jeden moduł w wymiarze 5 godzin tygodniowo. Oni nie mogą zarabiać więcej. Jeśli masz stabilną pozycję na uniwersytecie, dochody są wystarczająco dobre, aby żyć, oczywiście zależy to też od sytuacji rodzinnej.

Idźmy dalej – równość, o co z nią chodzi w kampanii UCU?

Chodzi o zakończenie kultury umów na czas określony. Chcemy, aby wszyscy mieli umowy na pełny etat. Niektórzy moi koledzy są zatrudnieni do końca czerwca, przez lato są bezrobotni, a we wrześniu uczelnia zatrudnia ich ponownie, żeby uczyli tego samego materiału. Chcemy, aby to się skończyło.

Nie chcemy też umów, na mocy których wykładowczyni otrzymuje wypłatę za liczbę godzin, bo takie osoby nie mają prawa do płatnego urlopu. Zdarzają się kontrakty, które nie gwarantują przepracowania ani jednej godziny (zero-time contract). Chcemy bezpośredniego zatrudnienia na uczelni, a nie jakiegoś zatrudnienia agencyjnego, na co prawo obecnie pozwala.

Muszę zadać to pytanie, bo nie wyobrażam sobie takiej kultury pracy wdrożonej we Włoszech, w Polsce czy we Francji. Jak to jest możliwe, że w szkołach wyższych w ogóle zaistniała taka sytuacja?

Ona wynika ze zmian, o których mówiłem: finansowanie uczelni z czesnego i zniesienie limitu studentów. Stworzyło to presję na uczelnie, aby obniżyć płace i emerytury…

Tak, ale czy ze strony Partii Pracy, związków zawodowych, organizacji studenckich nie było prób oporu?

Walczymy właśnie teraz, jak wspomniałem jesteśmy w trakcie głosowania nad akcją protestacyjną.

A dziesięć lat temu?

Zmiany były wprowadzane metodą salami, kawałek po kawałku. Kiedy staraliśmy się im przeciwdziałać, niekorzystne dla nas zmiany nie były tak duże, jak planowano pierwotnie. Ale potem proponowano je znowu. Musieliśmy mobilizować się jeszcze raz, i jeszcze raz, aż znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy teraz. Oczywiście cały czas staramy się zmobilizować i działać w różnych kwestiach dotyczących emerytur, płac, obciążenia pracą, różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn, niestabilności pracy.

Szkolnictwo wyższe w Wielkiej Brytanii w ogóle jest na równi pochyłej. Tego lata po raz pierwszy usłyszałam od kolegów z kontynentu europejskiego, że nie wyobrażają sobie, aby mogli ubiegać się o pracę w Wielkiej Brytanii, biorąc pod uwagę złe warunki pracy na uniwersytetach.

Był taki czas w historii, kiedy bycie brytyjskim naukowcem coś znaczyło, wiązało się z prestiżem i sławą, także z dobrymi warunkami pracy. To była najbardziej prestiżowa praca, jaką można było dostać w świecie akademickim. Jak więc społeczeństwo przyjmuje ten upadek? W końcu akademia to nie tylko nauczyciele i studenci, to też ich rodzice, rodziny…

W wyniku omówionych wyżej zmian studenci przekształcili się w klientów i tak też się zachowują. W naszej bibliotece funkcjonuje punkt obsługi klienta. Studenci mówią, że płacą, więc w zamian chcą mieć dobry dyplom.

Jeśli chodzi o warunki pracy pracowników akademickich, to musimy pamiętać, że warunki pracy w całej Wielkiej Brytanii pogorszyły się w ostatnich latach.

Ale czy są jakieś sondaże na temat tego, ile osób wolałoby szkolnictwo wyższe finansowane przez państwo?

Hasło np. nacjonalizacji wody jest popularne nawet wśród wyborców torysów.

Nie mamy dokładnych liczb, to jeden z problemów w tej chwili. 2017 rok, kiedy manifest wyborczy Partii Pracy zawierał zobowiązanie do zniesienia czesnego, to mogła być ostatnia szansa na odwrócenie sytuacji. W tamtym czasie była to ogromnie popularna propozycja polityczna.

Obecnie stoimy przed pytaniem, jak możemy stać się bardziej widoczni, kiedy jest tak wiele strajków. W zeszłym roku strajkowaliśmy przez 18 dni, a uniwersytet po prostu się tym nie przejął. Dopóki mogą pobierać opłaty, a studenci nie mogą domagać się zwrotu pieniędzy, nasze protesty nie stanowią dla nich problemu. Nie mogliśmy nic osiągnąć. Musimy ponownie przemyśleć naszą strategię akcji protestacyjnych w tych zmieniających się okolicznościach.

Ale czy po stronie torysów jest jakaś refleksja, że uniwersytety upadają, że system edukacji nie zapewnia kształcenia?

Jeśli dobrze ich rozumiem, to oni powiedzieliby, że jeśli mamy konkurencję, to jakość jest wyższa. To sprawia, że akademicy są lepszymi naukowcami, lepszymi nauczycielami i tak dalej. Ta kultura korporacyjna jest ściśle połączona z ich ideologią wolnego rynku. Oni w to wierzą, naprawdę.

I jeszcze ta neoliberalna idea, że uniwersytety powinny być po to, by dostarczać wykwalifikowanych ludzi na rynek pracy. Nie więcej, nie mniej. Ty jako student inwestujesz w swój stopień naukowy, który jest inwestycją w twoją przyszłość, skutkującą lepiej płatną pracą. Jest to bardzo instrumentalne, indywidualistyczne spojrzenie zgodne z ogólnym myśleniem konserwatywnym.

Dla mnie to ciekawe… Uniwersytety i kadra, którą posiadają, powinny mieć duży wpływ na społeczeństwo, poprzez media i tak dalej. We Włoszech każdy filozof publikuje w gazetach, bierze udział w programach telewizyjnych debatach, odwiedza lokalne ośrodki kultury jako ekspert od różnych zagadnień.

To jest intrygujące. W Wielkiej Brytanii rola pracowników naukowych jest inna. Nie mamy bezpośredniego wpływu na społeczeństwo. Jeśli chodzi o kryzys gospodarczy, owszem, naukowcy ze szkół finansowych i biznesowych są pytani o zdanie, ale nawet w tej dziedzinie media często szukają porad raczej u ludzi pracujących np. w bankach inwestycyjnych. To pojęcie publicznego życia intelektualnego, które jest obecne we Włoszech, ale także we Francji, nie istnieje w Wielkiej Brytanii. Mamy natomiast lewicowych akademików, którzy są aktywni na przykład w Momentum, People’s Assembly i związkach zawodowych. Tak więc w tym sensie akademicy biorą udział w życiu społecznym, ale nie ma tu kultury w szerszym znaczeniu. To bardzo różni nas od Włoch i Francji.

Czy istnieje jakaś wizja szkolnictwa wyższego wspólna dla Kongresu Związków Zawodowych (TUC), Partii Pracy i jej wyborców, jakiś zdroworozsądkowy program w tej sprawie?

Jako UCU mieliśmy więc znacznie lepsze kontakty z Partią Pracy, gdy jej liderem był Jeremy Corbyn. To samo dotyczy reszty związków zawodowych. To, co mamy w tej chwili, to kampania Enough is enough, którą wspiera szeroka koalicja związków zawodowych, na przykład RMT, ale także UCU. TUC jest również w pewien sposób zaangażowane. Jest to wspólna kampania mająca na celu obronę ludzi pracy przed kolejnymi cięciami i erozją płac. Inflacja jest tak wysoka, że płace mogą ulec realnemu spadkowi o 20% rocznie.Partia Pracy nie wspiera bezpośrednio związków zawodowych. Możemy organizować się w sprawach pracowniczych, jak obciążenie pracą, równość, płace itp. Robimy to. Ale zawsze chodzi o obronę, opór przed kolejnymi cięciami, a nie o jakiekolwiek pozytywne działania.

Na Uniwersytecie Nottingham prowadziliśmy kampanię na rzecz Alternatywnej Strategii Finansowej na naszej uczelni, bo uważamy, że obecna jest bardzo ryzykowna z perspektywy długoterminowej. Mamy tutaj dokument dotyczący zasad nauczania, tego jak powinien wyglądać proces nauczania. Ale to są dyskusje, a teraz głównym problemem jest przejście od akcji protestacyjnej do pozytywnego myślenia i prowadzenia kampanii na rzecz innego uniwersytetu, a nie tylko płac.

Musimy przejść z walki obronnej do wysuwania własnych postulatów. To jeden z głównych problemów obecnej kampanii Enough is enough.

Oczywiście musimy bronić ludzi pracy, ale musimy przejść od obrony do przyszłości, do szerszej wizji społeczeństwa.

A jaka jest według was przyszłość akcji strajkowych w Wielkiej Brytanii i waszej walki, jako UCU, czy jest jakaś jasna perspektywa?

Wynik walki jest zawsze kwestią otwartą. Nie możemy przewidzieć przyszłości. To zachęcające widzieć odrodzenie bojowości związków zawodowych, w tym naszego UCU. O ile uda nam się połączyć nasze działania ze strategiami aktywistów zajmujących się zmianami klimatycznymi i protestami Black Lives Matter, bardziej fundamentalna zmiana może być możliwa. Musimy pozostać optymistami. Walka trwa!

Andreas Bieler jest profesorem ekonomii politycznej na Uniwersytecie w Nottingham w Wielkiej Brytanii. Jego najnowsza książka to „Fighting for Water: Resisting Privatization in Europe (Zed Books, 2021). Jest również aktywnym członkiem lokalnego komitetu University and College Union (UCU) na Uniwersytecie w Nottingham.

About The Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Skip to content