Ukraina – zbyt trudny egzamin dla elit w Bukareszcie

Armand Goșu, Revista 22

Bukareszt i Warszawa od lat walczą o status ulubionego partnera USA w Europie Środkowo-Wschodniej. Do czasu szczytu NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. wydawało się, że oba kraje idą ramię w ramię.

Granica ukraińsko-rumuńska jest najdłuższą z granicy Ukrainy z państwem członkowskim NATO i UE – liczy 613,9 km. Polska jest pod tym względem druga po Rumunii – jej granica z Ukrainą liczy 542,39 km. Polska, Słowacja i Węgry razem wzięte mają granice z Ukrainą o długości 777,94 km. Ale to Rumunia znajduje się najbliżej głównych teatrów działań wojennych w 2022 roku: Chersonia i Donbasu. Także w przyszłości, w 2023 r., to Rumunia będzie państwem NATO położonym najbliżej głównych stref frontowych: Krymu, Chersonia, Zaporoża, Doniecka i Ługańska.

Być może jest zbyt wcześnie, by mówić o konsekwencjach agresji Rosji na Ukrainę dla Rumunii. Zależą one od tego, jak ta wojna się skończy. Jeśli Ukraina zostanie pokonana, Rumunia będzie częścią łańcucha frontowych państw środkowoeuropejskich, permanentnie powołanych do obrony świata euroatlantyckiego. Rumunia będzie częścią Zachodu, choćby nawet na jego granicy, czując bezpośrednie zagrożenie ze strony Rosji. Całe swoje życie polityczne, społeczne, gospodarcze i kulturalne podporządkuje zagrożeniom bezpieczeństwa. Idealna sytuacja dla rumuńskiej elity wojskowej sprzed 1989 roku, mającej swoje korzenie jeszcze w instytucjach rządu Ceausescu. W przypadku zwycięstwa Ukrainy zniknie rosyjskie zagrożenie dla bezpieczeństwa Rumunii.

Paradoksalnie, ten ostatni scenariusz nie do końca wywołuje entuzjazm w Bukareszcie.

Regionalne znaczenie Rumunii

W ciągu prawie 11 miesięcy od rozpoczęcia inwazji Rumunia nie potrafiła wykorzystać atutów, które niewątpliwie posiada. To Polska i państwa bałtyckie stały się najważniejszymi graczami na wschodniej granicy euroatlantyckiego świata.

Dlaczego właśnie znaczenie tych państw w regionie wzmocniło się w ostatnim roku? Dlaczego równocześnie spada znaczenie Rumunii i Bułgarii?

W 2009 i 2011 roku Rumunia zawarła dwa strategiczne partnerstwa, oba kluczowe dla bezpieczeństwa i obrony, z Polską i Turcją. Te dwa partnerstwa, jak również specjalne relacje wojskowe z USA, miały potencjał, by uczynić z Rumunii ważnego gracza regionalnego. Tak przynajmniej wyglądała sytuacja do lata 2016 roku, na szczycie NATO w Warszawie, kiedy wschodnia flanka NATO została wzmocniona przede wszystkim w swojej części północnej. Decyzja paradoksalna, bo w interesie NATO po 2014 roku było wzmocnienie południowej części wschodniej flanki, bliżej rosyjskich baz na Krymie, świeżo zaanektowanym przez Władimira Putina.

W 2009 r. spodziewano się, że Rumunia będzie regionalnym graczem, zdolnym za pomocą soft power oddziaływać w kierunku byłych republik radzieckich, Mołdawii, Ukrainy, Gruzji – w tandemie z Polską. Po 2017 roku Bukareszt został postawiony na równi z Sofią. A z Bułgarią Rumunii nigdy nie uda się współpracować, w żadnym zakresie czy temacie. Takiego tandemu po prostu nie da się zbudować.

Byłoby niesprawiedliwe, gdyby ktokolwiek wierzył, że wrogie siły sprzysięgły się, by obniżyć regionalne znaczenie Rumunii. Za wzrost czy upadek tego znaczenia odpowiedzialna jest elita polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w Bukareszcie i to, jak gra kartą amerykańską. Początkowo udało się jej przekonać Waszyngton, że Rumunia jest najwierniejszym i najbardziej lojalnym sojusznikiem USA w regionie. Inne państwa regionu, począwszy od Polski, z zazdrością patrzyły na umacnianie się amerykańskiej obecności wojskowej, wraz z inauguracją baz w Kogălniceanu (2005) i Deveselu (2013). Trudno teraz sporządzić listę przyczyn, które doprowadziły do obniżenia rangi Rumunii, odzwierciedlonej w decyzjach szczytu NATO z 2016 roku.

Bukareszt i Warszawa

Porównanie Rumunii i Polski jest uzasadnione zarówno geografią, jak i przynależnością obu do klubu euroatlantyckiego. Jest także ważne z perspektywy omawiania konsekwencji agresji Rosji na Ukrainę. Do tego dochodzi argumenty subiektywny: rumuńscy dziennikarze, komentatorzy i eksperci najczęściej porównują Rumunię z Polską. Ale jeśli w Bukareszcie zarówno w świecie politycznym, instytucjach państwowych, jak i wśród komentatorów istnieje tendencja do porównywania obu krajów, to z moich obserwacji wynika, że w Warszawie zainteresowanie Rumunią jest niskie, wręcz nie istnieje. Prasa warszawska i polscy eksperci widzą raczej parę Rumunia-Bułgaria niż Rumunia-Polska, co uraża dumę Rumunów.

Inny szczegół, nie mniej ważny. Bukareszt i Warszawa spierają się o status ulubionego partnera Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowo-Wschodniej. Do szczytu NATO w Warszawie w lipcu 2016 r. oba kraje wydawały się kroczyć ramię w ramię. Rozpoczęty latem 2016 r. proces wzmacniania północnej flanki NATO na jej wschodniej granicy zakończył się w Madrycie zaproszeniem Szwecji i Finlandii do sojuszu.

Po 24 lutego USA kontynuowały w przyspieszonym tempie rozpoczętą latem 2016 roku politykę wzmacniania swojej obecności w Polsce i w obszarze bałtyckim. W 2022 roku Warszawa grała kartą amerykańską, podczas gdy coraz wyraźniej widać, że sięga po kartę europejską. Nie osiągając, na co zapewne liczył, akcesji do Schengen w grudniu 2022 roku.

Wojna Rosji z Ukrainą podniosła rangę Polski w regionie. Dziś Polska stała się najważniejszym węzłem gospodarczym i handlowym Ukrainy, od dostaw broni i amunicji po eksport zboża i import energii. Polska udziela wszechstronnego wsparcia, począwszy od wsparcia polityczno-wojskowego.

W Polsce istnieje publiczne poparcie dla Ukrainy, łączące polityków, instytucje rządowe i polskie społeczeństwo. W zasadzie w ostatnich miesiącach odnotowano najwyższy poziom stosunków dwustronnych, mówi się wręcz, choć na razie raczej spekulatywnie, o polsko-ukraińskim państwie federalnym. W Polsce mieszka też największa liczba ukraińskich uchodźców. Bliskość języków polskiego i ukraińskiego niewątpliwie odegrała rolę w tym procesie.

Polscy urzędnicy, począwszy od prezydenta, premiera, ministrów obrony, ministrów spraw zagranicznych itd. wielokrotnie odwiedzali Kijów, a ukraińscy urzędnicy podróżują do innych stolic przez Warszawę, czasami spotykając się i rozmawiając ze swoimi polskimi odpowiednikami po powrocie. Tak było, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski wrócił z historycznej wizyty w Waszyngtonie.

Bukareszt ma inne podejście. Rumuńscy urzędnicy nie spieszyli się z wyjazdem do Kijowa. Prezydent Rumunii przybył do stolicy Ukrainy 16 czerwca, cztery miesiące po rozpoczęciu rosyjskiej agresji. Dokładniej rzecz biorąc, dołączył do grupy zachodnich przywódców, w tym prezydenta Francji, premiera Włoch i kanclerza Niemiec, którzy przygotowali wizytę w Kijowie przed szczytem UE, który zdecydował o przyznaniu Ukrainie statusu kandydata. Wcześniej, 26 kwietnia, premier Rumunii odwiedził Kijów w towarzystwie przewodniczącego Izby Deputowanych. Tak więc obie partie tworzące koalicję rządzącą w Rumunii były podczas tej wizyty reprezentowane na poziomie przewodniczącego partii.

12 marca 2022 r. prezydent Zełenski rozpoczął swoje wystąpienie w warszawskim parlamencie od zwrócenia się do „braci i sióstr z Polski”. Został nagrodzony kilkuminutową owacją na stojąco przez posłów i gości, dziennikarzy i intelektualistów, którzy wypełnili salę po brzegi. Ponad dwa miesiące później, 22 maja, prezydent Polski wygłosił historyczne przemówienie w Radzie Najwyższej w Kijowie i też otrzymał owacje na stojąco.

W marcu, ze stolicy zbombardowanej przez rosyjskie rakiety, prezydent Zełenski przemawiał do 17 parlamentów na całym świecie. 4 kwietnia został też zaproszony do wystąpienia w parlamencie Rumunii. Ani nadawcy telewizyjni na żywo, ani sala obrad nie byli w stanie nadać przemówieniu większego sensu, ponieważ zarówno dźwięk, jak i tłumaczenie na język rumuński były poniżej rozsądnych standardów. Na szczęście Ambasada Ukrainy w Bukareszcie natychmiast zamieściła w mediach społecznościowych rumuńskie tłumaczenie wystąpienia prezydenta Zelenskiego. Mówił on o zbrodniach w Buczy i Irpieniu, o rosyjskim planie zajęcia Odessy, o zagrożeniu dla Mołdawii. Dziękował Rumunom za solidarność z narodem ukraińskim i okazaną empatię.

Komentatorzy polityczni i prasa rumuńska odnotowali dwie wiadomości: Zełenski zaprasza rumuńskie firmy do udziału w powojennej odbudowie Ukrainy; będzie prowadził rozmowy z Bukaresztem na temat praw mniejszości narodowych, ukraińskiej w Rumunii i rumuńskiej na Ukrainie.

Oczywiście te porównania Rumunii i Polski można by ciągnąć dalej, z tym zastrzeżeniem, że w przypadku Rumunii nie dysponujemy liczbami. Władze w Bukareszcie po prostu odmawiają udzielenia informacji, ale zapewniają dziennikarzy w nieformalnych spotkaniach, że Rumunia robi „dużo” dla Ukrainy.

Z postów w mediach społecznościowych ambasad USA, Wielkiej Brytanii i Ukrainy w Bukareszcie wynika, że wysiłek Rumunii koncentruje się na trzech płaszczyznach: pomoc ukraińskim uchodźcom, transport zboża, rumuńsko-ukraińska (ewentualnie mołdawska) współpraca energetyczna. O ile w przypadku uchodźców sprawa jest bardziej klarowna, bo co tydzień UNHCR, czyli agencja ONZ ds. uchodźców, publikuje dane (ponad 85 tys. uchodźców w Rumunii, z czego ok. 77 tys. wystąpiło o ochronę tymczasową), to jeśli chodzi o ukraińskie zboże przewożone tranzytem przez Rumunię, to urzędnik w Bukareszcie określił je na koniec listopada na 8,4 mln ton. Co do współpracy energetycznej z Ukrainą, nie ma oficjalnych danych.

Skomplikowane relacje. Burzliwy początek

Co jest źródłem takiego stosunku do Ukrainy? Ma to związek z historią stosunków dwustronnych, zwłaszcza od ostatnich dni Związku Radzieckiego i powstania niepodległego państwa ukraińskiego jesienią 1991 roku. Jednak rumuńska niechęć wobec Ukraińców sięga początku XX wieku. Wtedy to miały miejsce finansowane przez rumuński rząd kampanie, prowadzone za pośrednictwem instytucji kulturalnych, które odegrały fundamentalną rolę w tworzeniu Wielkiej Rumunii, skierowane przeciwko Ukraińcom (różnie nazywanym, w zależności od regionu, Rusinami, Małorusinami itd.), w kontekście złych stosunków Rumunii i Austro-Węgier.

Francja i Rosja zabiegały o wyrwanie Rumunii z sojuszu z mocarstwami centralnymi. Energia Bukaresztu skierowana była na zaludnione przez Rumunów prowincje Austro-Węgier, gdzie mieszkali również Ukraińcy, cieszący się zaufaniem i poparciem Wiednia. Tak więc kampanie prowadzone dziś w prasie rumuńskiej przeciwko Ukrainie, wpisujące się znakomicie w narracje rosyjskie, promowane przez Kreml, mają głębokie korzenie w historii. Prasa rumuńska sprzed 120 lat również prowadziła nagonki przeciwko Ukraińcom, podsycane przez władze.

Przejdźmy jednak do czasów sprzed rozpadu Związku Radzieckiego.

Na wspólnym posiedzeniu obu izb parlamentu rumuńskiego 28 listopada 1991 roku Izba Deputowanych i Senat przegłosowały jednogłośnie deklarację w sprawie referendum niepodległościowego na Ukrainie, które miało się odbyć 1 grudnia, czyli trzy dni później. Dokument składa się z sześciu artykułów. Pierwszy uznaje prawo narodu ukraińskiego do decydowania o własnym losie, ale podkreśla, że referendum „nie może być ważne w odniesieniu do terytoriów rumuńskich bezprawnie zaanektowanych przez były ZSRR, terytoriów, które nigdy nie należały do Ukrainy i są prawowicie rumuńskie”. Chodzi o „terytoria rumuńskie – Bukowinę Północną, okręg Herty, okręg Chocimia, a także powiaty południowej Besarabii” – zaanektowane przez ZSRR w następstwie paktu Ribbentrop-Mołotow, który został uznany za nieważny przez ZSRR 24 grudnia 1989 roku i przez parlament rumuński 24 czerwca 1991 roku.

W art. 3 deklaracji powtórzono, że referendum zorganizowane przez władze kijowskie „na przymusowo włączonych terytoriach rumuńskich”, które następnie wymieniono, „jest nieważne, jak również jego konsekwencje”. Artykuł 4 wzywa zagraniczne parlamenty i rządy, które uznają niepodległość Ukrainy, „aby wyraźnie oświadczyły, że uznanie to nie rozciąga się na wymienione terytoria rumuńskie”. Artykuł 5 ogłasza, że Parlament Rumunii wzywa do dialogu z Parlamentem w Kijowie „w celu wspólnego zbadania problemów związanych z ustanowieniem dobrosąsiedzkich stosunków i współpracy między Rumunią i Ukrainą”. Artykuł 6: „Parlament Rumunii wzywa rząd rumuński do pilnego rozpoczęcia negocjacji z władzami w Kijowie w sprawie rumuńskich terytoriów przymusowo zaanektowanych przez ZSRR”.

Pamięć o radzieckiej aneksji Besarabii i Bukowiny w 1940 r. (tu parada wojskowa w zajętym Kiszyniowie) nadal kładzie się cieniem na relacjach rumuńsko-ukraińskich.

2 grudnia w Bukareszcie rząd rumuński przyjął również deklarację w związku z referendum na Ukrainie w dniu 1 grudnia:

„Referendum to nie może być ważne na terytoriach zaanektowanych siłą, które nigdy nie należały do Ukrainy i słusznie należą do Rumunii”.

1 grudnia 1991 roku naród ukraiński opowiedział się w referendum przytłaczającą większością głosów za niepodległością. Tydzień później w Puszczy Białowieskiej prezydenci Białorusi, Rosji i Ukrainy, Stanisław Szuszkiewicz, Borys Jelcyn i Leonid Krawczuk, podpisali akt zgonu ZSRR i akt urodzenia Wspólnoty Niepodległych Państw. Ukraińskie referendum było ważnym, być może decydującym, elementem w rozwoju wydarzeń, które doprowadziły do rozpadu ZSRR.

Przegłosowana przez parlament w Bukareszcie 28 listopada deklaracja oraz oświadczenie rządu z 2 grudnia zostały odebrane w Kijowie jako potwierdzenie terytorialnych roszczeń Rumunii wobec Ukrainy.

W pierwszych miesiącach po rozpadzie ZSRR stosunki dyplomatyczne między Rumunią a Ukrainą były niezwykle chłodne. W ostatniej chwili, przed wjazdem pociągu na terytorium Rumunii, minister Anatol Zlenko odwołał swoją wizytę w Bukareszcie.

Ambasador Rumunii w Kijowie Ion Bistreanu w swoich wspomnieniach opublikowanych 20 lat później pisze

„Pamiętam, że po przedstawieniu przeze mnie listów akredytacyjnych jako ambasadora na Ukrainie w sierpniu 1993 roku, pierwszy zastępca ministra spraw zagranicznych, Borys Tarasiuk, zagorzały nacjonalista, rozpoczął nasze pierwsze spotkanie protokolarne od słów „kiedy zamierzacie anulować decyzję parlamentu z grudnia 1991 roku?” [chodziło oczywiście o deklarację parlamentu z 28 listopada – przyp. nasz] … Tak samo jak pamiętam, że do 1994 roku badanie opinii publicznej umieściło Rumunię na drugim miejscu na liście krajów stanowiących największe zagrożenie dla niepodległości i integralności terytorialnej Ukrainy. Na konferencji prasowej ukraiński dziennikarz zapytał mnie, co sądzę o tym sondażu. „Kto jest na pierwszym miejscu?”, zapytałem. „Rosja”- przyszła odpowiedź. „I tym razem Rosjanie nas pokonali” – kontynuowałem, może niezbyt dyplomatycznie, ale jaki był sens komentowania takich bzdur?”.

Po pierwszych demokratycznych wyborach i dojściu do władzy centroprawicowego prezydenta i rządu, stosunki między Rumunią a Ukrainą zaczęły się poprawiać, a latem 1997 roku podpisano traktat polityczny między oboma krajami. Kilka lat później znów się popsuły i nie poprawiła ich nawet pomarańczowa rewolucja. Wzajemne relacje utknęły w rządowych komisjach ds. praw mniejszości.

Cerkiew św. Mikołaja w Czerniowcachi (po rumuńsku: Cernauti), przykład architektury rumuńskiej na terytoriach Ukrainy zamieszkiwanych przez mniejszość rumuńską.

Rumunia oskarżała Ukrainę o systematyczne łamanie praw mniejszości rumuńskiej. Dopiero aneksja Krymu i wojna w Donbasie przyniosły niewielkie otwarcie, którego wyrazem było podpisanie 2 października 2014 r. umowy o małym ruchu granicznym. Dowodem ocieplenia stosunków dwustronnych była także wizyta prezydenta Rumunii w Kijowie 17 marca 2015 r. oraz prezydenta Ukrainy w Bukareszcie 21 kwietnia 2016 r. Następnie stosunki ponownie zamarły, tym razem pod pretekstem nowego prawa oświatowego na Ukrainie, które ograniczałoby dostęp mniejszości rumuńskiej do edukacji w języku ojczystym. Potwierdzeniem zamrożenia stosunków dwustronnych był epizod na korytarzach Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku, kiedy to prezydent Rumunii po prostu odwrócił się od prezydenta Ukrainy, który w ostatniej chwili próbował z nim porozmawiać o przyczynach odwołania wizyty w Kijowie.

W ostatnich miesiącach, przed rosyjską agresją, rumuńska dyplomacja koncentrowała swoje wysiłki na usunięciu z nazewnictwa władz ukraińskich pojęcia „mołdawski” i zastąpieniu go słowem „rumuński”, co dawałoby MSZ w Bukareszcie dziwną satysfakcję, że mniejszość rumuńska na Ukrainie może liczyć około 400 tysięcy osób.

Polityka Rumunii utrudnia życie Ukrainie, która nie chce psuć sobie relacji z sąsiadami z Mołdawii, wprowadzając zakaz używania etnonimu „Mołdawianin”. Duża liczba obywateli Ukrainy, którzy nazywają siebie „Mołdawianami”, bynajmniej nie uważa się za Rumunów i uważa, że ich prawa obywatelskie zostałyby naruszone, gdyby państwo ukraińskie ogłosiło, że mniejszości mołdawskiej już nie ma. Chodzi o rumuńskojęzyczną ludność zza Dniestru, która nigdy nie żyła w granicach Rumunii, a jej jedyne skojarzenie z tym państwem to dyktatura Iona Antonescu. Przecież jeśli Rumunia nie uznaje etnonimu „Mołdawianin”, to dlaczego uznała niepodległość Republiki Mołdawii! Być może Rumunia powinna najpierw anulować decyzję o uznaniu Republiki Mołdawii, a dopiero potem poprosić Ukrainę o uznanie, że Mołdawianie nie istnieją.

Nawet agresja Rosji na Ukrainę nie zdołała zmienić dynamiki stosunków dwustronnych. Tuż przed Bożym Narodzeniem 2022 roku rząd rumuński w niezwykle długim i słabo zredagowanym jak na tak delikatną kwestię komunikacie krytykuje kijowski parlament za przyjęcie kolejnej ustawy z szerszego pakietu aktów prawnych dotyczących mniejszości narodowych. Bukaresztowi udało się w tej kwestii być jeszcze bardziej stanowczym, niż Moskwa i jej sojusznik Budapeszt w tej dramatycznej fazie historycznej, jaką jest wojna obronna, którą bohatersko prowadzą obywatele Ukrainy – niezależnie od pochodzenia etnicznego.

Po rozmowie telefonicznej 4 stycznia między prezydentami Rumunii i Ukrainy, Zelenski wydał lakoniczne oświadczenie, że omówili „formułę pokojową i niektóre kwestie z agendy dwustronnej”. Ukraińska prasa ma ważniejsze sprawy niż spór mniejszościowy z Rumunią. Nawet teraz Bukareszt sugeruje, że mógłby wykorzystać negocjacje akcesyjne Ukrainy z NATO i UE, aby postawić na swoim w kwestii mniejszości. Rumunia w tej kwestii działałaby wspólnie z Węgrami – na korzyść Moskwy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: